Słowo „pozować” działa na ludzi jak zimny prysznic. Gdy je słyszą, nagle miękną kolana, dłonie zaczynają się plątać, a uśmiech przypomina bardziej grymas bólu niż radość. A przecież sesja fotograficzna to nie egzamin na modela w Paryżu, tylko spotkanie zwykłych ludzi, którzy chcą mieć piękne wspomnienia.
Kiedy mówię klientom, że nie będą musieli pozować, nagle widać ulgę w oczach. I to jest moment, w którym cała magia zaczyna działać. Moim zadaniem nie jest zamienić Was w aktorów na czerwonym dywanie, ale sprawić, żebyście czuli się swobodnie. Jeśli nie wiecie, co zrobić z rękami – to nie Wasz problem, tylko mój. Ja mam Wam dać coś do trzymania, zaproponować ruch, a czasem po prostu poprosić, żebyście się… przytulili.
Najlepsze zdjęcia powstają wtedy, kiedy ktoś zapomina o aparacie. Kiedy tata zaczyna rozśmieszać dzieci, kiedy mama patrzy na nie z czułością, kiedy zakochani śmieją się ze wspólnego żartu. Wtedy nie ma mowy o żadnym „pozowaniu” – jest tylko Wasze życie w kadrze.
Pozowanie kojarzy się z czymś sztucznym, a w fotografii najpiękniejsze jest właśnie to, co autentyczne. Dlatego wolę mówić o prowadzeniu. To trochę jak taniec – ja podaję rytm, Wy dajecie emocje. Razem tworzymy coś, co będzie wyglądało pięknie, ale przede wszystkim prawdziwie. Bo na końcu nie chodzi o to, by ktoś powiedział: „jak ładnie pozują”, ale raczej: „jak oni się kochają” albo „jak pięknie się uśmiechają”.